WSPOMNIENIA REŻYSERA część 6 – Teatralny Chochlik

Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Grając w teatrze odpoczywa się od własnego życia. Za to można bezkarnie i po wielekroć żyć w innych wcieleniach. Może dlatego aktorstwo jest tak diabelsko (dosłownie) pociągające. Ale jest i tak, że teatralny chochlik, psotny duch Melpomeny, wciąż krąży po artystycznych scenach i zawsze znajduje jakąś ofiarę. Na mnie przyczaił się parokrotnie. Upodobał sobie moje debiuty. Pierwszy raz zasmucił mnie moim własnym śmiechem, a drugi raz – dał mi pstryka w nos (a raczej w głowę). Ale po kolei.

Felieton Krzysztofa Czekajewskiego

Jeszcze przed studiami, po niezdanym pierwszym egzaminie do PWST, zaproponował mi współpracę  dyrektor Teatru Lalek “Fraszka”, Henryk Pijanowski. Teatr miał siedzibę w Warszawie, ale był wędrowny, więc jeździliśmy z przedstawieniami po całej Polsce. I były to, jak mówi przysłowie, podróże kształcące. W niezliczonych, małomiasteczkowych księgarenkach kupiłem wtedy ogromną ilość wartościowych książek. Poznałem też smak prawdziwej przyjaźni. Miałem szczęście spotkać we “Fraszce” wyjątkowe osoby, Anię i Waldka. Byliśmy gotowi na przygody i odważne wyzwania. Spędzaliśmy wspólnie czas, ucząc się aktorstwa w teatrze lalek i podróżując, po nieznanych nam dotąd, ciekawych rejonach kraju. Ania była naturalna i bezpretensjonalna, Waldek miał tajemniczą osobowość. Dość szybko poczuli do siebie życiową sambę, a ja zatańczyłem jako świadek na ich ślubie i zostałem już na zawsze “matką” ich związku. Taką też ksywę mi dali: Krzyś-matka. Połączyła nas mentalna bliskość i podobne, absurdalne poczucie humoru. Uwielbialiśmy się razem śmiać. Często rozśmieszając się nawzajem, potrafiliśmy chichotać bez opamiętania, do rozpuku. Bez granic. Czasem, niestety, robiliśmy to też podczas spektakli, „gotowaliśmy” się nawzajem.

Zdarzyło mi się kiedyś „ugotować” w trakcie trwania sztuki granej dla dzieci z zespołem Downa („ugotować się“: dać się rozśmieszyć podczas spektaklu). Dzieci często nie reagują schematycznie, a dzieci z zespołem Downa potrafią niebywale zaskoczyć. Komentują rzeczywistość na swój sposób, czasami niespodziewany i nieobliczalny. Tam, gdzie według nas przewidziany był śmiech widowni, nasi widzowie potrafili milczeć jak zaklęci. Podczas jednego z licznych spektakli wyraźnie zadziałał chochlik teatralny, który w tym wypadku upodobał sobie dopaść ofiarę feralnego żartu, czyli mnie. W trakcie odgrywania jednej ze scen, nie potrafiłem powstrzymać śmiechu, a był to wariacki śmiech, intensywny i gwałtowny. I śmiałem się tak, nie bacząc ani na innych aktorów ani na widownię. Mimo, że tylko ja sam miałam z tego ubaw. Aż w końcu usłyszałem głośny, poważny tekst jednego z widzów – „Dlaczego on tak głupkowato się śmieje?”. I przestało mi być do śmiechu. Zrobiło mi się wstyd. Nadal uwielbiam niekontrolowany, szalony śmiech, ale z poszanowaniem innych.

We “Fraszce” zadebiutowałem rolą Jasia, który w jednej ze scen szukał w lesie Małgosi. Byłem małą lalką- pacynką. Animowałem swoją postać dłonią ubraną w kubraczek. Głowę miałem zrobioną z piłki pingpongowej z domalowaną buzią i przyklejonymi śmiesznie sterczącymi włosami. Scena przedstawiała las. Drzewa, wykonane z drewna i papieru, osadzone były na przenośnych stojakach. Naturalna, silna trema objawiająca się u mnie wybuchową mieszanką koncentracji i rozkojarzenia, spowodowała, że skupiając się na malutkiej postaci Jasia nerwowo rozglądającego się za Małgosią, zapomniałem, że jako człowiek za parawanem, muszę uważnie omijać papierowe drzewa. Wtedy to dopadł mnie teatralny chochlik. Patrząc na Jasia, czyli na swoją rękę, zapomniałem o drzewach. Potrąciłem pierwsze, które przewróciło drugie, drugie przewróciło trzecie, a ja próbując ratować kolejne, potknąłem się o czwarte, z hukiem rąbnąłem o piąte i wywaliłem cały las. Jak mówią doświadczeni aktorzy – największą sztuką jest uratować walącą się scenę. Po chwili strasznej, nieludzko ciągnącej się pauzy, wziąłem się w garść i wstałem, unosząc Jasia ponad parawan.

Z widowni rozległy się jęki zawodu i odgłosy przerażenia. Wśród nich histeryczny śmiech. Spojrzałem na Jasia. Był bez głowy. Widocznie, nie wytrzymał zderzenia z drzewem i stracił głowę. Nie było czasu na jej szukanie. Zebrałem całą odwagę jaką miałem i powiedziałem, a właściwie powiedział Jaś: – Nie bójcie się. To nic, że straciłem głowę. Odzyskam ją! Najważniejsze, że pokonałem niewidzialnego wroga, który zaatakował las. Przepędziłem go na cztery wiatry. Za chwilę magicznie odbiorę głowę i odbuduję las. Czekajcie na mnie. Odwagi! Zaraz wrócę.

Poszła kurtyna, dzieci się uspokoiły, a spektakl po przerwie został wznowiony. Ostatecznie Jaś znalazł najpierw głowę, potem Małgosię i wszystko dobrze się skończyło.

Teatralny chochlik na jakiś czas dał mi spokój. Powrócił z impetem już w moim zawodowym debiucie w Teatrze Dramatycznym w Płocku. Ale o tym w kolejnym odcinku.

Krzyś Tof – reżyser Teatru im. Stefana Jaracza

Facebook
Twitter
Scroll to Top