Otwocki kryminał w odcinkach: Nazajutrz po próbie, odcinek 8

Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

– Kur… ka! Ale tu zimno – ocenił dosadnie sierżant Piotr Klicki, wchodząc do pokoju 203 grubo po godzinie dziesiątej. Miał na sobie czarną bluzę z nadrukiem CSI: Otwock – zeszłoroczny prezent urodzinowy od kompanów z jednostki – oraz bojówki moro.

Komisarz Arkadiusz Żak siedział przy pokrytym laminatem biurku i półprzytomnie wpatrywał się w listę nazwisk obecnych na wczorajszej wieczornej próbie. Nie od razu zauważył, że Jerzy Szczur nie tylko wypisał swoich podopiecznych starannie kaligrafując ich dane zgodnie z porządkiem alfabetycznym, ale przy każdym dopisał wiek i numer telefonu. Żak musiał go więc teraz docenić, choć zrobił to niechętnie, nie mając w praktyce obdarzania bufonów nawet cieniem sympatii. Być może zadufanie komponowało się korzystniej w połączeniu z erudycją i artystyczną wrażliwością. Nie nad tym jednak zamierzał się aktualnie głowić.

– Gdzie cię wcięło? – fuknął do kolegi. – Znikasz na dwadzieścia minut jak film między reklamami na Polsacie! Dobrze, że nie zapomniałem, kto zginął.

– Internet mi tu nie łapał – wyjaśnił policjant.

– Yhy – mruknął komisarz. Nie zamierzał udawać, że łyknął to tłumaczenie. Odkąd na komendzie zainstalowano światłowód, problemy z zasięgiem praktycznie nie istniały. Za to od połowy lutego pracowała z nimi nowa informatyczka – Olga Rosik, wokół której spora męska część ekipy zaczęła krążyć niczym stado szerszeni nad dojrzałymi jabłkami. Żarcik, że panowie zakładają gniazdo w niepozornym pomieszczeniu IT na końcu korytarza, wędrował przez pewien czas po posterunku jak ostatnie wstydliwe ciastko po imieninowej imprezie. Sierżant Piotr (zwany Łysym) Klicki, z którym Żak współpracował od niemal dekady, okazał się najwytrwalszym z absztyfikantów. Jednocześnie wciąż próbował zachowywać pozory profesjonalizmu, raz po raz stwarzając – jego zdaniem niepodważalne – okoliczności, wymagające ścisłej współpracy z działem cyfrowym.

– Podzielisz się, co wydłubałeś z otchłani darknetu czy zabierzesz tę wiedzę do grobu? – Arkadiusz odezwał się do kolegi zniecierpliwionym, ale nieco łagodniejszym niż przed chwilą tonem.

Klicki prychnął.

– Darknet? Nie przesadzasz? Nasz truposz wygląda mi raczej na małego żuczka z dostawczakiem. Toczył różne gówienka po leśnych ścieżkach. Nic spektakularnego. Założył firmę siedem lat temu, ale nie wykazywał większych dochodów. Nie miał nawet porządnej strony, żadnego logo, nic. Tylko adres do korespondencji i to najpierw w domu byłej żony, a potem u rodziców. Prywatnie też prawie nie istniał w sieci. Założył konto na portalu społecznościowym, ale jedyne co na nim ma, to zdjęcie sprzed ośmiu lat i parę głupich filmików: jeden z krową, która gra w piłkę, drugi to chyba on sam, jak próbuje obrócić naleśnika i przykleja mu się do sufitu.

– Mówisz, że nie był człowiekiem sukcesu? Bo podobno na takiego pozował – komisarz powiedział to z przekąsem, przypominając sobie niewyrażony wprost osąd ciotecznej siostry Szotnickiego.

– To mnie akurat nie dziwi – roześmiał się Łysy. – Pozowanie na panów świata jest zawodową przypadłością logistyków, niezależnie od wysokości odprowadzanych podatków.

– Jak to? – Żak nie miał na koncie zbyt wielu doświadczeń z przedstawicielami tej branży, stąd nie wypracował sobie co do nich żadnych opinii, a tym bardziej uprzedzeń.

– Nie słyszałeś o Scanie? – Piotr wydawał się zaskoczony, ale i podekscytowany możliwością przybliżenia partnerowi jednej ze swoich ulubionych teorii spiskowych. Zanim Żak zdążył pokręcić głową, już przeszedł do szczegółów: – Strategic Coordinators of All Networked Environments – wyrecytował dumnie z bezbłędnym nowojorskim akcentem. – S.C.A.N.E. To ponoć elitarna grupa logistyków, którzy decydują do naszych losach z tylnego fotela. To od nich zależy transport, do nich należą magazyny, a więc towary, bez których człowiek się nie obejdzie: żywność, leki, paliwo, sprzęt medyczny, broń, elektronika… Kontrolują wszystko!

– Nie pierdziel – uciął krótko komisarz. – Takie rzeczy możesz wciskać czytelnikom Dana Browna. My zostańmy przy żuczku z przerośniętym ego. Co jeszcze o nim wiemy?

– Kurierzy pracują w korporacjach, urzędach, armii, szpitalach, na lotniskach i w magazynach Amazona. Są wszędzie, a nikt ich nie zna, ich nazwiska nigdzie się nie pojawiają. Weź przyznaj, że to idealna przykrywka – Klicki się nie poddawał.

– Jak już wykluczymy wszystkich z naszej listy podejrzanych, która jest nota bene długa jak zakupy przed Wigilią, to obiecuję, że przyjrzymy się uważniej twoim ciężarówkowym iluminatom, dobra? – zaproponował ugodowo, głównie po to, by szybciej przejść do sedna.

– Rozumiem, że póki co nie mamy ani komórki, ani laptopa? Bo przydałby się dostęp do połączeń i komunikatora… Załatwisz nakaz przeszukania mieszkania?

– Załatwię. I ty pojedziesz tam, a ja do jego rodziców. Ale najpierw ułóżmy jakiś ramowy plan przesłuchań, bo będzie tego więcej niż ustawa przewiduje. Córkę umówiłem na 18:00, za moment będę dzwonił do byłej żony.

– Śmietankę sobie widzę wziąłeś – zachichotał sierżant, ale zaraz spoważniał. – Ja bym zaczął od tych cudaków w teatru. I to na cito. Jak zaczną się między sobą porozumiewać, będziemy tu mieli festiwal domysłów, sugestii i zjawisk nadprzyrodzonych.

Żak spojrzał ponownie na starannie wypełnioną kartkę i przesunął ją po biurku w stronę kolegi.

– Zaczynaj. Myślisz, że ilu damy radę zmaglować w półtorej godziny?

– To zależy, czy zabawisz się z nimi w internistę, czy w ginekologa – Klicki znów odpowiedział żarcikiem.

– Łysy! – skarcił go Żak bez złości. – Ty może ogranicz nieco te wycieczki do Rosiczki, bo ci się chroniczna głupawka załącza.

Nieco speszony Klicki przygryzł policzek od wewnątrz i bez słowa sięgnął po wykaz z numerami. Żak za to podjechał krzesłem bliżej okna, oparł łokcie o parapet i wybrał numer Alicji Majewskiej. Odebrała po dwóch sygnałach.

– Tak? – komisarz usłyszał głęboki, nieco śpiewny, a przy tym jakby znudzony alt i poczuł ukłucie w klatce piersiowej. Jego żona brzmiała niemal identycznie, szczególnie tuż przed rozstaniem, gdy rozmawiali ze sobą coraz rzadziej i coraz ciszej. Arkadiusz Żak po raz pierwszy tego dnia odnalazł w sobie pole do empatyzowania z ofiarą. Trwało to mgnienie.

– Komisarz Arkadiusz Żak, wydział kryminalny w Otwocku.

– Chodzi o Szczepana, prawda? – kobieta nie przeciągała sprawy. Nie czekała również na reakcję policjanta. – Córka mnie poinformowała. Obawiam się, że nie pomogę. Od wielu lat nie jest częścią mojego życia i nie mam nic do powiedzenia na jego temat.

– Mimo wszystko… – zaczął detektyw, ale nie otrzymał szansy na rozwinięcie swojej prośby.

– Wierzę, że Karolina odpowie wyczerpująco na wszelkie pana pytania. To wystarczy – oznajmiła Majewska. – Mam nadzieję, że nie będziecie niepokoić mojego syna – dodała. – To jeszcze dziecko. Dla niego ta wiadomość będzie największym szokiem i wolałabym, żeby nie musiał rozmawiać o ojcu z obcymi ludźmi.

– Rozumiem. Gdyby jednak…

– Pan nie rozumie – w melancholijnym tonie kobiety pojawiła się nuta rozgoryczenia. – Włożyłam wiele wysiłku w to, by Szczepan stał się dla mnie zamkniętym rozdziałem, co nie jest łatwe, jeśli ma się wspólne dzieci. Nie zamierzam ponownie go otwierać.

– Rozumiem, naprawdę – zapewnił ją Żak, chociaż nie był do końca pewien, czy faktycznie tak jest. Jego okołorozwodowe emocje były bolesne, ale nie miały w sobie aż tyle dramatyzmu i nie widział potrzeby oddzielania się żelazną kurtyną od Anity. – Proszę zapisać sobie mój numer. Na wszelki wypadek – rzucił bezwzględnie na pożegnanie i rozłączył się z niemałą ulgą. Oraz z równie sporą dawką wyrzutów sumienia. Bądź co bądź Alicja Majewska została dziś wdową i to ona musiała oznajmić nastoletniemu chłopcu, że bezpowrotnie stracił jedno z rodziców. Czy jednak istniał sposób, by zachować się wobec niej z większą wrażliwością?

Żak obrócił się, by spojrzeć na Piotra, który uniósł w górę trzy palce na znak, że tyle osób udało mu się póki co dogadać. On także miał do wyjaśnienia jeszcze jedną kwestię.

– Nie spodziewałam się telefonu od pana tak szybko. Właściwie wcale… – głos Natalii Czajki był chropowaty i drżący, co na kilka sekund skutecznie rozproszyło komisarza. Przeklął w duchu głupi odruch organizmu i przywołał sam siebie do porządku. – To tylko skrajne przemęczenie – próbował się przekonywać. Przecież za nią nie tęskni!

– Halo? – przedłużające się milczenie śledczego poważnie zaniepokoiło Natalię.

– Mam pytanie.

– Tak?

– Czy w teatrze jest alkohol?

– W sprzedaży? – zdziwiła się. – Absolutnie nie.

– Miałem na myśli: w budynku – doprecyzował.

– Cóż – Czajka się zawahała. – Czasem ktoś przynosi jakiś trunek. Na premierę albo na imieniny. Jak to w biurze. Bywa też, że zostają u nas nieotwarte butelki po eventach, na które wynajmujemy sale. Dlaczego pan pyta?

– Gdzie znajdują się te butelki? – Arkadiusz nie zbaczał z kursu.

– W szafce w kuchni, w lodówce. Różnie – kobieta była pomocna, ale dało się wyczuć narastające w niej wątpliwości. Komisarz zdawał sobie sprawę, że wolałaby wiedzieć, skąd wzięła się ta linia pytań. Ale brnął w swoją nową, zimną strategię.

– Można zatem powiedzieć, że w ogólnodostępnym miejscu, czy tak?

– Tak bym tego nie określiła, ale…

– Nie zamykacie chyba kuchni na klucz – bezlitośnie wszedł jej w słowo.

– …nie zamykamy kuchni na klucz – dokończyła Natalia ze skruchą. Nie zasłużyła sobie na to, by ją w nią wpędzać, ale Żak nie widział już odwrotu.

W kolejnym odcinku:

  • Komu pachnie Szekspirem?
  • Gdzie mieszkał Szotnicki i dlaczego była to pilnie strzeżona tajemnica?
  • Ile słów wolno wypowiedzieć rzecznikowi policji?
  • Kto pojawi się niezapowiedziany na komendzie? (Nie, to nie będzie Natalia!)

Facebook
Twitter
Scroll to Top