Jerzy Szczur wydawał się być skazany na robienie piorunującego wrażenia, chociaż właściwie cały dotychczasowy pobyt komisarza Żaka w budynku otwockiego teatru kazał mu przypuszczać, że to miejskie skupia same wyjątkowe osobliwości. Podejrzane i fascynujące.
Dobiegający sześćdziesiątki reżyser miał na sobie popielate tweedowe spodnie, lawendową koszulę ze spinkami w kształcie węzłów marynarskich, a na ramiona zarzucony – bardzo starannie skądinąd – sweter w norweskie wzory. Wyglądał jak manifest estetyczny w stylu „nie obchodzi mnie wasze zdanie, mam zagrodę z kozami i dwa doktoraty”. Ułożeniu swoich włosów z pewnością poświecił tego ranka co najmniej dziesięć minut, gładko się ogolił i wypastował buty, co zdradzał nie tylko połysk, ale także ledwo wyczuwalna, charakterystyczna woń wosku. Nie spieszył się, ani nie denerwował, więc albo nie miał sobie w tej sprawie nic do zarzucenia, albo własne ego stanowiło dla niego wartość naczelną, pozostawiającą daleko w tyle inne kwestie. – Chociaż w sumie – detektyw roześmiał się w duchu – jedno nie wykluczało drugiego.
Klaustrofobiczna przestrzeń garderoby, której nie pomagały nawet dwie lustrzane ściany, miała w sobie pewien klimat pokoju przesłuchań.
– Dzień dobry, panie Szczur – komisarz Arkadiusz Żak wyciągnął uprzejmie rękę na powitanie. – Wiem już, że to pan wychodził stąd wczoraj jako ostatni. Czy w trakcie próby, może przed, a może po niej zauważył pan coś niecodziennego? Każdy drobiazg może mieć znaczenie.
– Niecodziennego? – powtórzył reżyser zaskoczony. – Pan żartuje! Mój Boże! – Jerzy westchnął, dając do zrozumienia, że policjant nie ma pojęcia, o co właściwie pyta. Niecodzienność należała do specyfiki jego pracy i doprawdy nie trzeba było kończyć kryminalistyki, by to wydedukować. Ugryzł się jednak w język.
– Marysia była roztrzęsiona, bo zdaje się wcześniej tego dnia oblała egzamin na prawo jazdy. Mariusz miał chrypę i żadnej kwestii nie był w stanie wypowiedzieć poprawnie. Karol… Rany! Nie wiem, od czego zacząć. Zjawił się dwadzieścia minut po czasie, zapomniał scenariusza, ściął się z Zosią, która
dopiero u nas debiutuje i kompletnie się jeszcze nie odnajduje na scenie. Oczywiście mam sobie za złe, że nie pamiętałem o alarmie, ale sam pan rozumie, w tym całym rozgardiaszu, przy takim rozmachu spektaklu, gaszeniu miliona mniejszych i większych pożarów emocjonalnych tych wszystkich młodych
ludzi… Bywa, że nie pamiętam, jak się nazywam i gdzie mieszkam! – zakończył swoje wyjaśnienia perfekcyjną kadencją opadającą.
– Zatem nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego – podsumował Żak z lekkim przekąsem.
Stojąca w drzwiach Natalia Czajka nerwowo chrząknęła.
– Czy rozpoznaje pan tego człowieka? – Policjant skierował ekran swojej komórki w stronę rozmówcy. Zdjęcie ofiary, które wysłali mu współpracownicy, było już stosownie oddrastycznione. Mimo to Jerzy Szczur zmarszczył czoło, zaniepokojony znacznie głębiej niż dotychczas.
– Czy to ofiara z naszego balkonu? – zapytał. Arkadiusz skinął głową.
– Wygląda jak każdy. Proszę mi wybaczyć. – Siwy mężczyzna brzmiał teraz zupełnie inaczej niż przed momentem. Czyżby dotarła do niego powaga sytuacji? – Naprawdę chciałbym pomóc.
– Na szczęście pan może – pocieszył go Żak. – Potrzebujemy pełnej listy uczestników wczorajszej próby.
Położył przed Szczurem kartkę i długopis, o które już wcześniej poprosił Natalię. Jerzy uniósł brew. –
Wszystkich? – upewnił się.
– Wszystkich. – Komisarz bezlitośnie rozwiał jego nadzieje.
– Był pan może kiedyś pedagogiem? – zagadnął reżyser znienacka.
– Tylko dla siebie. I dla jednego konia w Bieszczadach – odparł Żak żartem, który tylko on sam miał szansę zrozumieć.
W pomieszczeniu zapanowała konsternacja.
– Człowiek próbuje panować nad chaosem, zwłaszcza w konfrontacji ze świeżymi umysłami, ale nie ma się co oszukiwać. To jest ogromne wyzwanie. I ogromna odpowiedzialność – podjął Szczur po dłuższym milczeniu obecnych. – Wciąż się zastanawiam, czy tym Gombrowiczem nie porywamy się z motyką na słońce. Wie pan, o co ja z nimi kruszę kopie?! O minispódniczki! Tyle w nich czasami zostaje z tej prozy, z tej prawdy o świecie, którą mistrz chciał przekazać! Ja się martwię, by wybrzmiały, a oni się cieszą, że koleżanki będą biegać po scenie ubrane jak tenisistki!
Zanim detektyw zdążył się kurtuazyjnie uśmiechnąć, zadzwonił jego telefon. Wskazał ponownie na kartkę, czekającą na zapełnienie i wyszedł na korytarz.
– Rozumiem. To świetnie – usłyszała Natalia Czajka, która nadal stała w drzwiach garderoby, obserwując jednocześnie siedzącego w niej reżysera i opartego o wieszak w przedsionku Żaka. Niezupełnie świadomie, a jednak czuła się odpowiedzialna za to, by Jurek skrupulatnie wykonał powierzone mu
zadanie. Zaangażowała się w to śledztwo aż nadto i z coraz większym trudem przychodziło jej także hamowanie własnej ciekawości. Na szczęście komisarz zdawał się czytać w jej myślach.
– Znaleźliśmy kilka kubków z logo waszej kawiarenki w okolicznych koszach – streścił jej treść półtoraminutowej rozmowy. – Nie wiem, dlaczego mnie to ucieszyło – zastanawiał się na głos. – Trudno to uznać, że rewelację, ale mam…
– …przeczucie? – weszła mu w słowo podekscytowana Czajka.
Policjant zastygł. Zrozumiał, że przyszła pora na autorefleksję. Nie podobał mu się kierunek, w którym to zmierzało. Ta wzmożona radość kobiety, która była przecież tylko jego świadkiem, nie partnerką, to wystarczający sygnał alarmowy, że przesadził z poufałością. Tracił przy niej czujność, a na dodatek zaczął
słuchać bebechów jak w jakimś populistycznym serialu!
– Jak długo to panu zajmie? – zwrócił się do Jerzego Szczura.
– Pięć minut, nie więcej – zapewnił mężczyzna.
– Wspaniale. Wrócę do pana – rzucił chłodno, wycofując się ponownie w stronę tylnego wyjścia. Miał zamiar w tak zwanych żołnierskich słowach poprosić panią Natalię o zachowanie dystansu i zostawienie go samego, aż do chwili, w której będzie opuszczał budynek, ale gdy stanęli w hallu przy schodach, ktoś
zapukał do szklanych drzwi. Oboje spojrzeli w tamtą stronę. Stała za nimi bardzo szczupła i bardzo smutna dziewczyna o oczach elfa.
– To kwiaciarka – szepnęła pracownica teatru i na sekundę osłupiała.
Komisarz podszedł, dotknął czujnika i wpuścił kobietę do środka. Nie tylko nietypowe zabarwienie tęczówek świadczyło o pokrewieństwie tej młodej panny z ofiarą. Podobieństw było więcej i nastrój Żaka znów przechylił się jak czuła wskazówka barometru – tym razem w stronę zadowolenia.
– Nie przypuszczałam, że pani przyjdzie – odezwała się zawstydzona Czajka. – Zadzwoniłam do
kwiaciarni, żeby zapytać, czy pani dziś pracuje – wyjaśniła komisarzowi. – Nie chciałam, żeby się pan fatygował na próżno…
– Dziękuję – przerwał jej Żak gwałtownie. Był jej szczerze wdzięczny i kolejny raz doceniał w myślach jej zapobiegliwość i zorganizowanie, a mimo to jego słowa zabrzmiały zupełnie inaczej. Ostro. Bezdusznie. Jakby był zniecierpliwiony lub wręcz poirytowany jej samowolą. W każdym razie tak
odebrała je Natalia, która odruchowo zrobiła krok w tył i spuściła wzrok. Jej reakcja wzbudziła w Żaku poczucie winy, ale uznał, że wyjaśnią to sobie później.
– Jak się pani nazywa? – zwrócił się drobniutkiej dziewczyny, ewidentnie przerażonej panującym wokół napięciem.
– Ania Szotnicka – powiedziała cicho, drżącym głosem.
– Widzę, że się pani boi, więc nie będę przedłużał, ani owijał w bawełnę – zaczął komisarz, tonem
łagodnym, jak do dziecka. – Liczymy na to, że pomoże nam pani zidentyfikować ofiarę. Mamy powody przypuszczać…
– To Szczepan – wypaliła.
– Słucham?
– Ciocia nie mogła się do niego wczoraj dodzwonić. A dziś policja pyta, czy mogliby mnie przesłuchać.
Arkadiusz Żak obrócił się i rzucił Natalii pełne wyrzutu spojrzenie.
– To ja pytałam. Przepraszam – wyznała skruszona.
– Dla pewności pokażę pani zdjęcie, dobrze? – Komisarz odblokował telefon i uniósł go przodem do
dwudziestolatki. Łzy w ułamku sekundy napłynęły do jej migotliwych oczu. Przytaknęła.
– To mój kuzyn – stwierdziła ze ściśniętym gardłem. – Szczepan Szotnicki.
– Szczepanek?! – zawołał donośnie Jerzy Szczur, który wyrósł znienacka za ich plecami. – O, mój Boże!
Pamiętam! Pamiętam! Co to było za szalone dziecko! Żywe takie!
– Już nie… – wyrwało się Natalii Czajce, która natychmiast zakryła dłonią usta.
W kolejnym odcinku:
– Co można znaleźć w kubkach z teatralnej kawiarni?
– Dlaczego dosłownie KAŻDY chciał zabić Szczepana i co zrobić z nadmiarem potencjalnych
sprawców?
– Co różni komendę od stajni Augiasza?
– Czy Krzysztof Marach polubi komisarza Żaka?
O autorce:
Agata Legan – dziennikarka, od niemal dwudziestu lat pisząca także dla lokalnych, otwockich czasopism, pisarka, pedagożka i promotorka kultury. Wydała dwa tomiki wierszy, ogólnopolski magazyn mody dziecięcej, kilka opowiadań, a w marcu tego roku zadebiutowała prozatorską książką “Podzwiązki”.
Strona autorska: kliknij TUTAJ










