Popołudniowe światło nadawało pokojowi 203 przeraźliwego blasku. Żak zmrużył oczy, podsunął krzesło dla gościa do swojego biurka i podszedł do okien, by opuścić rolety. Krzysztof Marach usiadł, ale zaraz wstał, decydując że pozycja stojąca będzie dla niego jednak bardziej komfortowa niż dziwaczne podwijanie nóg na za niskim siedzisku.
– Słucham – komisarz zamierzał zabrzmieć zachęcająco, ale nie całkiem mu wyszło. Świadomość, że rozmawia z ojczymem Natalii Czajki, doskwierała mu jak szkło w bucie, chociaż w sumie nie miał ku temu żadnego powodu. Fakt, że Szotnicki współpracował z Marachem nie musiał przecież oznaczać, że i ona go znała. Z drugiej strony, jeśli byłaby w stanie tak sprytnie zamaskować swoje koligacje z ofiarą, równie dobrze mogła awansować na podejrzaną. Z pewnością miała sposobność. Znała też teren wystarczająco dobrze, by przygotować zabójczego drinka i nie dać się wyraźnie uchwycić na monitoringu. Tak czy siak Żak musiał sprawdzić jej alibi i wybitnie się na to zadanie nie cieszył.
– Natalia dzwoniła do mnie dziś rano, Marta zresztą także, więc byłem mniej więcej na bieżąco z tym, co się działo w teatrze, ale nie miałem pojęcia, że te zwłoki… – mężczyzna przerwał i dłonią przeciągnął po ustach i brodzie, jakby dawał sobie czas na lepszy dobór słów. – Nie wiedziałem, że to Szczepan.
– Dlaczego zatem tak się pan interesował tą sprawą? – chciał wiedzieć detektyw.
– Martwiłem się o Natalkę – odparł bez wahania. – Jest bardzo wrażliwa, i tak wiele przeszła. Udaje silną, ale.. W każdym razie obawiałem się o jej stan psychiczny i z tego względu wolałem trzymać rękę na pulsie.
Żak nerwowo przełknął ślinę.
– Czy to ona podała panu personalia ofiary? – zapytał rzeczowo.
– Nie. Nie odbierała telefonu, więc skontaktowałem się ponownie z Martą Dramecką, dyrektorką…
– Tak, wiem.
– Nie lubiłem Szotnickiego, ale mam taką prywatną zasadę, by nikogo z góry nie przekreślać. Był terminowy i konkurencyjny cenowo, więc z początku nie miałem większych powodów, by na niego narzekać.
– A mniejsze? – Żak zauważył, że były minister zwraca baczną uwagę na wyrazy, których używa, postanowił więc kierować się tą samą metodą. Marach uśmiechnął się ze zrozumieniem. Bez trudu rozszyfrował to zagranie.
– Nie lubiłem go, jak już wspomniałem. Należał do ludzi, którzy za dużo gadają, a za mało działają. Sprzedawał powietrze w kobiałkach, rozumie pan?
– Słyszałem, że współpraca między panami nie zakończyła się w przyjemnych okolicznościach – przyznał komisarz, uznając że odsłonięcie niektórych kart nada tej rozmowie szybsze tempo i wyraźniejszy koloryt. Marach bowiem – jego zdaniem – zanadto dążył do złagodzenia obrazu swoich napiętych stosunków ze zmarłym i rozmycia potencjalnego motywu. Albo naprawdę coś ukrywał, albo po prostu miał taki dyplomatyczny nawyk. Istniało też spore prawdopodobieństwo, że przemawiała przez Żaka uogólniona nieufność do gładkich słówek polityków. Nawet jednak jeśli tak było, nie zaszkodziło zachować maksymalną czujność.
– Ostatecznie byłem zmuszony zrezygnować z jego usług – przedsiębiorca konsekwentnie trzymał się swojego stylu. – Oszukał mnie i naraził na konsekwencje prawne. Na szczęście udało się im w porę zapobiec. Mimo wszystko nie mogłem dać mu kolejnej szansy. Ocena ryzyka, wie pan – znów uśmiechnął się porozumiewawczo. – Zajmujemy się szczególnym rodzajem produktów. To wysoce wyspecjalizowane preparaty medyczne. Ich transport po prostu musi być obwarowany wszystkimi tymi niezbędnymi licencjami. To kwestia bezpieczeństwa.
– Jak Szotnicki przyjął pana decyzję?
– Ze zrozumieniem, jak sądzę.
– Ale nie jest pan pewien – stwierdził Żak, wyczuwając drobną zmianę tonu swojego rozmówcy. – Przekazał mu ją pan osobiście?
– Oczywiście. Za kogo mnie pan uważa? – mężczyzna się obruszył. Wyglądało na to, że faktycznie był człowiekiem zasad.
– Nic nie powiedział? Nie odgrażał się? – drążył policjant. Był już pewien, że to coś ponad zwykłe przeczucie.
– Nie bezpośrednio. Próbował się idiotycznie tłumaczyć, zasłaniać niedopatrzeniem urzędnika, ale w końcu przerosił i wyszedł.
– A jednak dotarło coś potem do pana, prawda?
Marach odkaszlnął, by wreszcie niechętnie opowiedzieć, co zaszło.
– Pół godziny później nasz parkingowy zawiadomił mnie, że Szotnicki krążył między samochodami z otwartym scyzorykiem w dłoni, jakby zamierzał uszkodzić lakier czy przeciąć oponę. Nie zrobił tego. Nie wiem, może zdał sobie sprawę, że mamy monitoring, a może potrzebował tej chwili, by przepracować swoją złość. W każdym razie nic się nie stało. I nie miałem z nim więcej żadnego kontaktu.
– W jaki sposób udało się panu uniknąć sankcji? – detektyw nie byłby sobą, gdyby o to nie dopytał.
Zastanawiał się ponadto, czy mściwość logistyka nie sięgała jednak dalej niż przypuszczał jego były pracodawca.
– Przy tym pytaniu skorzystam z piątej poprawki – dawny minister posłał Arkadiuszowi szeroki uśmiech.
– Cóż – pomyślał Żak, który nie ruszył uprzejmie żadnym mięśniem twarzy. – Nawet jeśli Szotnicki próbowałby zaszkodzić Marachowi, macki wpływów tego drugiego były dłuższe niż żucze podskoki.
Może Cię zainteresować:
Otwocki kryminał w odcinkach: Nazajutrz po próbie, odcinek 9
Kiedy dziesięć minut później dystyngowany gość (który na dalszym etapie przesłuchania stwierdził jeszcze, że nie ma pojęcia, czym jest cytfluryna, ale obiecał sprawdzić, czy nie ma jej na liście zamawianych składników) opuścił wreszcie posterunek, komisarz sięgnął do kieszeni, wyjął telefon i przyjrzał się ekranowi, jakby zapomniał reguł obsługi dotykowej. Chciał znów zadzwonić do Natalii, ale w ułamku sekundy uznał, że to może poczekać. Jego pusty żołądek wysyłał sygnały dźwiękowe i choćby tylko dlatego wybranie w pierwszej kolejności numeru do pizzerii wydawało się znacznie trafniejszym pomysłem. Sęk w tym, że Żak nie przepadał za pizzą. Włoski lokal mieścił się co prawda najbliżej komendy – w linii prostej było to może z 50 metrów – ale właśnie dlatego Capriciosa stanowiła właściwie bazę policyjnego żywienia, co nie wpływało korzystnie na obwód w pasie, ani komisarza, ani jego kolegów po fachu.
– Przywiozłem gołąbki. Jeszcze ciepłe – oznajmił Piotr Klicki, jakby czytając w myślach partnera. W ręku niósł reklamówkę w pomidory, pod pachą laptop, a przednią kieszeń bluzy miał wypchaną do granic możliwości szwów. – Na tej Giżyckiej mieszka moja ciocia, okazało się – wyjaśnił pochodzenie kusząco pachnącej wałówki.
– Ale przeszukałeś coś więcej niż jej kuchnię, mam nadzieję – odezwał się Żak milej niż dotąd, bo wizja posiłku skutecznie złagodziła jego nastrój.
– Jasne. Patrz – Łysy położył asusa na biurko, a następnie zaczął, jeden za drugim, wyciągać ze swojej kangurki woreczki strunowe z artefaktami, pochodzącymi z mieszkania ofiary. Był wśród nich solidny pęk kluczy, karta członkowska klubu sportowego, cztery pendrive’y, kilka odręcznych notatek oraz książka „Wywieranie wpływu na ludzi. Teoria i praktyka” Roberta B. Cialdiniego.
– Chłopak chyba poważnie traktował twoją teorię spiskową – podsumował Arkadiusz, wskazując na niebieski podręcznik.
– Na marginesie. Ta chata to taki trochę akademik dla wykolejeńców.
– W jakim sensie?
– Studenckie warunki, wspólna lodówka z karteczkami na pudełkach, mikrofala, harmonogram sprzątania i podlewania kwiatków, dziura pod oknem zapchana szmatami, pilśniowe drzwi jako namiastka prywatności. Różnica taka, że średni wiek lokatorów to czterdzieści plus.
– Prawie mi przykro – stwierdził Żak bez kpiny. – Dopisałeś kogoś na listę?
– Cztery osoby. Ale obstawiam, że od trzech nie dowiemy się niczego istotnego. Faceci jedynie tam nocują, mijają się w drzwiach i znikają z flaszkami w swoich śpiworach.
– Więc czwartym współlokatorem jest kobieta? – żywo zareagował komisarz.
Łysy przytaknął.
– Magda Grajcar, 48 lat, pielęgniarka.
– Grajcar? Gdzieś się już przewinęło to nazwisko… – Żak zmarszczył czoło, jakby to miało mu pomóc sobie przypomnieć. Klicki spojrzał na wykaz świadków.
– Norbert Grajcar. Właściciel ośrodka uzależnień, któremu Szotnicki obiecał działkę z przetargu. Kur… ka, no! Mogłem ją od razu zapytać o powiązania! Może to jego żona?
– I mieszka z czwórką innych facetów? – detektyw głośno wyraził powątpiewanie, choć w zasadzie nie wątpił, że ludzie potrafili komplikować sobie życie na miliony nieprzewidywalnych sposobów.
Sierżant rozłożył ręce.
– W kwestii listy – dodał Arkadiusz. – Krzysztofa Maracha możemy na razie odfajkować. Złożył mi niedawno wizytę i póki co wyjaśnił, co trzeba.
– Podejrzewamy go? – zainteresował się Piotr.
– Na pewno nie wyrzucamy go poza krąg zainteresowań, ale sądzę, że zgromadzi nam się silniejsza czwórka do sztafety.
– Dziesięciu chętnych zjawi się tu na casting za niespełna godzinę – przypomniał Klicki ze śmiechem i podsunął kumplowi słoik w domowym obiadem. – Jedz. Regeneruj siły. Podrzucę Oldze laptop i sticki, i zaraz do ciebie wracam.
Komisarz usiadł i przyjrzał się ponownie nazwiskom umówionych aktorów. Mariusz Nawrocki, Aleksander Raczek, Maria Bordova, Zofia Grajcar…
– No, ja pier… – syknął i zagryzł przekleństwo soczystym gołąbkiem.
Otwocki kryminał w odcinkach: Nazajutrz po próbie, odcinek 8
W kolejnym odcinku:
- Ilu jest Grajcarów w powiecie otwockim?
- Jak brzmi hasło do laptopa ofiary i dlaczego to wkurzy Olgę Rosik?
- Kto kłamie najgorzej?
- Czym zaskoczy śledczych pan reżyser?










