Skonsumowanie gołąbków od cioci sierżanta Klickiego wprowadziło komisarza Żaka w doskonały nastrój do tego stopnia, że wizja rozmowy z aktorską trupą Jerzego Szczura, która nie napawała go jak dotąd – delikatnie mówiąc – entuzjazmem, nagle przestała być przykrym obowiązkiem, a jawiła się jako interesująca pogawędka z nietuzinkowym tuzinem ludzi.
Łysy – również emanujący pozytywną energią, której źródłem nie był jednak z pewnością posiłek – siedział z nogą założoną na nogę i machał lekko długopisem. Doprawdy, takich dwóch optymistów jak oni próżno było zazwyczaj szukać na otwockim posterunku.
Stan ten utrzymał się jednak zaledwie do godziny 15:22, kiedy to obaj panowie przekonali się już dobitnie, że większość gwiazd miejscowej sceny nie wniesie do tej sprawy niczego ponad rozsianie po okolicy wszelkiej maści daleko idących przypuszczeń. Wydawało się, że ofiary faktycznie nikt z nich nie znał, ani nawet nie kojarzył, a ostatnia próba nie różniła się szczególnie od innych – była jak zawsze trudna do objęcia w jakiekolwiek ramy, zarówno czasowe, jak i przyczynowo-skutkowe. Jedna osoba stwierdziła co prawda, że zarejestrowała kątem oka czyjąś obecność na balkonie, ale Żak był niemal pewien, że zadziałał przy tym raczej mechanizm sugestii. Pełne kulisy, zamieszanie i mikstura wybuchowa z próbujących złapać wspólny rytm artystów, z których połowa zapomniała scenariusza, w jego wyobrażeniu nie zostawiały miejsca na poboczne obserwacje.
Tuż przed 16:00 do pokoju przesłuchań weszła młodziutka dziewczyna, wyglądająca jak wyjęta żywcem z hiszpańskiego serialu młodzieżowego: dwa krucze warkocze, liliowa bluza z ciężkim kapturem, buty na słoninie, baggy jeans, a na skroniach holograficzne naklejki z kształcie gwiazdek i serduszek. Miała może z siedemnaście lat. Na widok policjantów na moment zamarła, jakby ktoś kliknął na jej wewnętrznym pulpicie przycisk „pauza”.
– Nazwisko? – zapytał Żak łagodnie, pochylając się w jej stronę.
– Zosia – odezwała się cicho, ale głosem mocnym jak espresso o świcie. – To znaczy Grajcar – zreflektowała się szybko, że nie chodziło przecież o imię. Klicki wskazał jej gestem szare krzesło. Przysiadła na nim bokiem, niepewnie.
– Kim jest dla pani Norbert Grajcar? – zapytał komisarz pozornie od niechcenia.
– Nie znam – odparła zaskoczona.
– A Magda Grajcar?
– Też nie znam. – Nastolatka zmarszczyła brwi. Naprawdę nie miała pojęcia, o kim mowa. – Czy to ofiary? – zabrzmiała na wystraszoną.
– Nie – pospieszył Żak z zapewnieniem, obawiając się zbyt gwałtownej reakcji osoby, sterowanej burzą hormonów i popkulturową wyobraźnią. – Wygląda na to, że mamy wśród świadków dziwną, ale przypadkową zbieżność nazwisk – zażartował.
Otwocki kryminał w odcinkach: Nazajutrz po próbie, odcinek 10
Zosia wzruszyła ramionami, a napięcie ustąpiło z jej twarzy.
– Jak mogę pomóc?
– O której przyszła pani wczoraj na próbę?
– Parę minut po siódmej.
– Czy podczas tego wieczoru wydarzyło się cokolwiek niezwykłego?
Dziewczyna westchnęła.
– Zdajemy sobie sprawę, że niełatwo to określić, funkcjonując w tak specyficznym środowisku i w zmiennych warunkach. – Detektyw bardzo się starał zapanować nad nutką sarkazmu, która przebijała się przez tę wypowiedź. – Ale być może…
– Na pewno Karol zachowywał się bardziej chu… niemiło niż zwykle. Był uszczypliwy właściwie dla wszystkich, ale na mnie po prostu się wydarł.
– Z jakiegoś konkretnego powodu?
– Zapomniałam, że wyrzuciliśmy haftowanie i odruchowo sięgnęłam po tamborek. Ktoś go zresztą położył na brzegu kanapy! – zaczęła się tłumaczyć.
– Rozumiem. – Miękki głos Żaka skutecznie stłumił jej ledwo co obudzone oburzenie.
Odetchnęła i rozluźniła plecy, zajmując w końcu wygodniejszą pozycję.
– Marysia zachowywała się inaczej – przypomniała sobie. – Miała wczoraj egzamin na prawo jazdy i go oblała, ale to było coś więcej.
– Dlaczego pani tak sądzi?
– Bo nie była smutna czy zawiedziona, tylko jakby… – Zosia przez parę sekund szukała właściwego słowa. – …naelektryzowana.
– W dobrym sensie? – Arkadiusz zgadywał, że emocje koleżanki nie współgrały z tymi, których się panna Grajcar po niej spodziewała.
– Taaak – odparła przeciągle. – Chyba. – Nie potrafiła ich właściwie sklasyfikować. – Starała się, kilka razy przerysowała swoją postać i ruszała się… no, wie pan… tak… seksownie. – Zosia oblała się rumieńcem.
– Rozumiem – powiedział Żak po raz trzydziesty dziewiąty tego dnia.
Po wyjściu dziewczyny Klicki zajrzał do notatek.
– Maria Borodova. Nie odbierała. Wysłałem esemesa, żeby zjawiła się na komisariacie najpóźniej jutro do 10:00. Póki co bez odzewu. Myślisz, że Szotnicki był jej dodatkową publicznością?
– Tak, to możliwe – mruknął komisarz. – Choć aktualnie najbardziej dręczy mnie myśl, ilu jest do cholery Grajcarów w powiecie otwockim?
– Już sprawdzam – odpowiedział szybko Łysy, wyjmując telefon. – Ale na logikę więcej niż pięciu.
– Aha! I jakimś cudem nie są ze sobą powiązani! – żachnął się.
– O, kurczaki! – Mina Piotra wyrażała kompletne niedowierzanie. – Ani jednego!
– Jak to? – Detektyw zajrzał koledze przez ramię.
Faktycznie. Zarówno mapa nazwisk, jak i ich internetowy słownik twierdziły zgodnie, że w całym województwie mazowieckim mieszka ledwie dziesięciu Grajcarów, przy czym żaden w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. Za to na Śląsku było ich aż 410, spośród 563. Ostatnią zarejestrowaną w okolicy osobą o tym nazwisku był urodzony w 1904 r. Adam Grajcar ze wsi Lipiny, syn Sruli i Ryfki.
– Pewnie po prostu nie są tu zameldowani. – Klicki wysnuł na głos jedyny sensowny wniosek.
– Niespokrewnieni, niezameldowani. Co jeszcze? – Zniecierpliwił się Żak.
– Niewinni? – zasugerował uczynnie sierżant, którego dla odmiany ta sytuacja nieco bawiła.
Zanim komisarz zdążył się bardziej zirytować, w jego kieszeni zawibrował telefon. Arkadiusz wyjął go i spojrzał na podświetlony ekran.
– Szczur – wycedził z nieukrywanym niezadowoleniem, chociaż w zasadzie nie miał powodu, by spodziewać się po tym rozmówcy czegoś złego. – Żywiłem nikłą nadzieję, że limit zwrotów akcji został póki co wyczerpany.
– Komisarzu? – zagrzmiał poważnie reżyser.
– Panie Jerzy – zaczął ostrożnie Żak. – Czy coś się stało?
– Chodzi o Szczepana, naturalnie.
– Naturalnie – spapugował go policjant, natychmiast tego żałując.
– Rozmawiamy o nim wszyscy od rana. Rozumie pan. To okropnie przykre, gdy ginie tak młody człowiek. W dodatku w takich okolicznościach. Ale do rzeczy!
Otwocki kryminał w odcinkach: Nazajutrz po próbie, odcinek 9
Jak to miło, że sam się przywołał do porządku! Żak przyznał mu to w duchu z aprobatą. Jerzy zaś ciągnął:
– Dowiedziałem się, że szykował się do wejścia w lokalną politykę. Dość poważnie. Nie wstąpił do żadnej koalicji, ale rozważał różne opcje. Bywał na spotkaniach. Jako były radny… Cóż mogę rzec. Zaniepokoiło mnie to. Nie wspominam najlepiej tamtych lat. Układów. Układzików. Aktów nienawiści. Może komuś nie spodobały się jego poglądy czy idee. Z tego, co słyszę, należał raczej do radykałów.
– Pod jakim względem? – dopytał obity właśnie duchowo komisarz, który jednego był pewien jak amen w pacierzu: za nic w świecie nie chciałby, aby się okazało, że sprawa trupa na teatralnym balkonie ma podłoże polityczne.
– Tego musiałby się pan dowiedzieć u źródła. Może w którejś z partii. Wiem tylko, że jedni ocenili go jako czarującego kaznodzieję, a drudzy – i tu cytuję – „lizusa z żądzą władzy”.
– Sprawdzę to – obiecał Żak, po czym podziękował mężczyźnie serdecznie i się rozłączył. Milczał chwilę, pozwalając, by nowe informacje spłynęły do odpowiednich szufladek w jego umyśle.
– Polityka?! Serio? Kolejne mrowisko pozorantów, na które mamy się zasadzić z kijem? – Sierżant Klicki również stracił humor.
– Wszyscy kłamią. – Komisarz machnął ręką, jakby nagle zobojętniały. – Pytanie, kto lepiej.
– Aktorzy robią to przynajmniej w imię sztuki. W dobrej wierze. – Piotr wziął w obronę artystów, których dopiero co maglował na posterunku.
– Dobrą wiarą to jest piekło wybrukowane – podsumował gorzko Żak.
– Chyba nie tak to szło – zwrócił mu uwagę kolega. Jednak znów nie dokończyli konwersacji, bo do pomieszczenia wpadła jak burza… Olga Rosik. Policzki miała zaczerwienione, a jej słowa padały jedno za drugim niczym oślepiające pioruny. Na bezdechu.
– Nie wiem, co to był za gość, ta wasza ofiara, ale sama bym go chętnie ukatrupiła, jakby jeszcze dychał! No, dobra, potorturowała. Bądźmy ludzcy! Wiecie, jakie ma hasło do lapka?! No, żesz! KONFA2.0! Z wielkich liter! Taki czołobitny!
– Może chciał ironicznie… – nieśmiało odezwał się skonfundowany Klicki.
– W dupie mam taką ironię!
– Przynajmniej wiemy, komu mogły się nie spodobać jego polityczne ambicje. – Uśmiechnął się blado Żak.
– Wszystkim rozsądnym kobietom?! – wypaliła ona.
– Rosiczka! Bo własnoręcznie cię wpiszę na listę podejrzanych! – zagroził policjant w bluzie CSI: Otwock.
W kolejnym odcinku:
- Czy Szczepan Szotnicki miał szansę na nową ścieżkę kariery?
- Co robiła Natalia Czajka w wieczór morderstwa?
- Kto wysłał zdjęcie ofiary do otwockiej gazety?
- Gdzie podziała się Maria Bordova?










