Mogiły za cmentarzem w Otwocku – dotarliśmy do świadków, którzy je odkryli w 1989 roku.

Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Ziemia za cmentarzem w Otwocku skrywała coś, o czym przez lata mówiono półgłosem. Wiosną 1989 roku, podczas pierwszych wykopów, natrafiono tam na ludzkie szczątki — nie pojedyncze, lecz układające się w obraz, którego nikt nie potrafił wtedy jednoznacznie wyjaśnić. Po ponad trzech dekadach dotarliśmy do ludzi, którzy byli przy tym odkryciu od samego początku. Romuald Bokun, dziennikarz poczytnej wówczas gazety, popołudniówki „Kurier Polski ”oraz Maciej Zaremba, ówczesny funkcjonariusz Milicji Obywatelskiej. Opowiedzieli nam, co naprawdę wydarzyło się w 1989 roku – i dlaczego historia mogił za cmentarzem może wyglądać zupełnie inaczej, niż przez lata sądzono.

Wszystko zaczęło się od jednego wpisu, który w ostatnich tygodniach poruszył Otwock. Prezydent miasta, Jarosław Margielski, zaapelował do mieszkańców o pomoc w wyjaśnieniu historii tajemniczych mogił znajdujących się na tyłach cmentarza. Powołując się na nowe dokumenty i relacje świadków, wskazał, że w ziemi może spoczywać nawet kilkaset osób — być może ofiar powojennych represji NKWD i UB, żołnierzy podziemia lub więźniów przewożonych z warszawskiego Mokotowa. To wezwanie uruchomiło lawinę pytań. Wróciły stare opowieści, powtarzane przez lata półgłosem: że w lesie „leżą nasi”, że ktoś coś widział, że ktoś coś słyszał. Ale my postanowiliśmy pójść w inną stronę. Zamiast powtarzać przypuszczenia, dotarliśmy do ludzi, którzy byli tam na początku. Nie znają tej historii z dokumentów ani opowieści. Znają ją z ziemi, którą rozkopywali własnymi rękami.

„Za cmentarzem są mogiły”

Był kwiecień 1989 roku. Polska znajdowała się w momencie przełomu, choć nikt jeszcze nie wiedział, jak bardzo wszystko się zmieni. System chwiał się, ale wciąż działał. Służby funkcjonowały, czujna cenzura istniała, a niektóre tematy wciąż pozostawały niebezpieczne.

Właśnie wtedy Maciej Zaremba, wówczas technik kryminalistyki komendy milicji obywatelksiej, usłyszał zdanie, które zapoczątkowało całą historię. – Wieczorem przyszedł do mnie kolega, dziennikarz gazety „Sztandar Młodych” i powiedział: „słyszałem, że za cmentarzem prawdopodobnie są jakieś groby.” – mówi nam Maciej Zaremba – Nie było dokumentów, zgłoszeń ani oficjalnych informacji. Była intuicja i niepokój. – To mnie zszokowało. Ale następnego dnia zdecydowaliśmy się pojechać i sprawdzić – wyjaśnia.
– Tego samego dnia przyszedł do mnie kolega W.D.” (od kilkunastu lat nie mieszka już w Otwocku i nie mamy zgody na publikowanie nazwiska, więc podajemy tylko jego inicjały) – mówi nam Romuald Bokun. – Znaliśmy się bardzo dobrze, jeszcze ze szkoły, pracowaliśmy wspólnie w „Sztandarze Młodych”, zanim ja nie przeniosłem się do „Kuriera Polskiego”.
– Słuchaj – mówi W, „jest sprawa, jak na mojego dziennikarskiego nosa bardzo poważna, ryzykowna. Ale uprzedzam, może być „grubo”. Dowiedziałem się od człowieka, który o sprawach pochówków sporo wie, że za murem cmentarnym są jakieś kości. Możemy zrobić tak, pojedziemy rano z łopatą i pokopiemy. Jak coś znajdziemy, to ja napiszę o tym w „Sztandarze”, ty w „Kurierze” a Maciek zgłosi na milicję. Jak przepuści to cenzura i ukaże się w prasie, to trudno będzie sprawie łeb ukręcić.” – cytuje kolegę Romuald Bokun.

Strach przed tym, co znajdą

– Przyjechaliśmy z WD i Maćkiem Zarembom do lasu, za murem cmentarnym i zaczęliśmy kopać. W miejscu, gdzie jak przypuszczaliśmy w czasie II wojny światowej była niemiecka strzelnica a w czasach powojennych ulubione tereny SB i NKWD, obecnie jest to część tzw. nowego cmentarza. Zaczęliśmy kopać i bardzo szybko z ziemi zaczęły wychodzić, jak się niebawem okazało, ludzkie kości – wspomina Romuald Bokun, dziennikarz „Kuriera Polskiego”.
To nie mógł być pojedynczy grób. Szybko zrozumieli to było coś większego. Ale zamiast ekscytacji pojawił się strach a raczej zdrowy rozsądek. PRL chylił się ku upadkowi, ale system i wpływy sowieckie działały. – To był 1989 rok. Nie wiedzieliśmy, co tam znajdziemy. Przypuszczaliśmy, że to mogą być żołnierze podziemia wymordowani przez polską i rosyjską bezpiekę – wyjaśniają mężczyźni. W tamtym czasie taka informacja mogła mieć konsekwencje nie tylko historyczne, ale i bardzo realne, bolesne dla nich samych. Dlatego podjęli decyzję, która dziś brzmi niewiarygodnie. – Zakopaliśmy wszystko z powrotem i dopiero wtedy Maciek, „drogą służbową” powiadomił swoich przełożonych – wyjaśnia Bokun. Zrobili to świadomie. – Nie chcieliśmy stwarzać dodatkowych problemów koledze. Milicjant nie mógł mieć aż takich bezpośrednich relacji z dziennikarzami.

Gdy sprawa stała się oficjalna

Dopiero wtedy Zaremba wszedł w sprawę oficjalnie jako funkcjonariusz. – Sporządziłem notatkę służbową i pojechałem na miejsce z dochodzeniowcem. Jeszcze chwilę wcześniej nikt oficjalnie nie wiedział o tym miejscu. Teraz sprawa zaczynała żyć własnym życiem. I bardzo szybko zainteresowały się nią służby, co było dość oczywiste. SB chodziło i wypytywało o mnie, nawet moją rodzinę. Tak, jak wspomniałem, wtedy milicjant nie mógł mieć takich kontaktów z dziennikarzami – mówi nam Maciej Zaremba. Był to moment, w którym zwykłe odkrycie zaczęło nabierać ciężaru, nie tylko hitorycznego.

Historia, która rozpala wyobraźnię

Romuald Bakun zaczął publikować artykuły w „Kurierze Polskim”. Pierwszy z nich nosił tytuł „Cmentarzysko za cmentarzem” co już sugerowało skalę odkrycia. Pokazuje mi pokaźny skoroszyt z pożółkłymi już dziś wycinkami ze starych gazet z 1989 roku. – Ilu ludzi spoczywa w otwockiej mogile, kto pomoże rozwikłać makabryczna zagadkę. Prosiliśmy czytelników, ewentualnych świadków o pomoc w wyjaśnieniu tej sprawy – mówi dziennikarz.

Wkrótce pojawiło się kolejne „odkrycie”. Podczas prac natrafiono na dwie skrzynie z materiałem wybuchowym. – To były kostki niemieckiego trotylu – mówi dziś Zaremba. – Mimo upływu czasu, na kostkach dobrze widoczny był napis – „TROTYL-SPRENG KORPER 28 LFA 1943″ – dodaje red. Bokun

Na miejsce weszli saperzy. Prace wstrzymano. Napięcie rosło. Wszystko zaczynało wyglądać jak scena z powojennej zbrodni. Skąd trotyl? Według świadków, w otwockich lasach działa partyzantka w czasie wojny. Jak wspomina Maciej Zaremba, słyszał opowieść o tym jak partyzanci zakopali niemiecki trotyl w lesie. Ładunki znalazły się tam najprawdopodobniej przypadkowo. A przy chowaniu zwłok, po prostu ominięto skrzynię.

Szczątki zaczęły mówić

Kiedy wznowiono prace, zaczęły pojawiać się kolejne fakty. Kości było dużo. Bardzo dużo. Z czasem oszacowano, że w ziemi są szczątki około 400 osób. Głównie mężczyzn i kobiet w wieku 40-50 lat i kilkoro dzieci. Ale najważniejsze było coś innego. To, czego… nie było. — „Nie stwierdzono żadnych urazów mechanicznych, które mogłyby świadczyć o egzekucji.” A potem padło zdanie, które do dziś brzmi jak punkt zwrotny tej historii: — „Z ponad czterystu czaszek tylko jedna była przestrzelona.” To nie pasowało do żadnej znanej narracji o masowych mordach w tym miejscu. Na czaszkach widoczne były jednak inne znaki. — „Ponad 40 procent miało wyraźne cechy sekcji zwłok.” Nie były to rany po kulach. Były to ślady ingerencji medycznej — precyzyjnej, powtarzalnej. Romuald Bakun postanowił znaleźć odpowiedź. — „Apelowałem na łamach ‘Kuriera Polskiego’, czy są ludzie, którzy mogą powiedzieć coś więcej.” I w końcu zaczęli się odzywać się świadkowie wydarzeń z 1945 r.

Niemiecki ślad

– Ostateczny kierunek interpretacji wyznaczyło uzębienie – wspomina red. Bokun. – Odnaleziono duże ilości szczęk ze złotymi i srebrnymi zębami oraz koronkami. Ekspert z Wydziału Stomatologicznego Warszawskiej Akademii Medycznej, zastrzegając się że nie jest to oficjalna opinia rzeczoznawcy, powiedział mi, że „To nie jest polska robota. To zdecydowanie przedwojenna niemiecka szkoła ortodontyczna.” Do tego dochodziły cechy anatomiczne czaszek, wskazujące na tzw. typ nordycki – wyjaśnia we wspominaniach Romuald Bokun. Wszystko zaczęło się układać.
Podczas prac zabezpieczono znaczną ilość złota — około pół kilograma. – Jeden z milicjantów próbował je ukraść. Został natychmiast odsunięty – wspomina Zaremba. Złoto zostało zabezpieczone. – Doskonale pamiętam te zęby i koronki, gdyż musiałem te znaleziska sfotografować – mówi Zaremba. Trafiło do instytucji państwowej. Według relacji świadków — do sejfu Urzędu Skarbowego. Niedługo potem nastąpiły ogromne zmiany polityczne, ale i kadrowe. Zmienił się naczelnik. Zmieniły się czasy. Zmienił się system. I wszystko wskazuje na to, że depozyt został… zapomniany. To tylko teoria. Ale — jak mówią świadkowie — nikt jej nie zaprzecza.

Lekarka z lat wojny

– Dotarłem do lekarki z Bydgoszczy – wspomina red. Bokun. Była to kobieta, która pracowała w Otwocku w latach 1944–1945. Chorych przywożono do Pensjonatu Gurewicza, do kasyna, dziś L.O. Gałczyńskiego oraz szpitala wojskowego na Borowej. Lekarka pracowała w Gurewiczu i tam prowadziła sekcje. – To ona podała mi najwięcej szczegółów — mówi dziennikarz. Z jej relacji wyłaniał się zupełnie inny obraz niż ten, który funkcjonował w wyobraźni mieszkańców. – Przywożono tu ludzi chorych na tyfus i dezynterię. Byli bardzo wycieńczeni jeńcy niemieccy, lub jak mówiono, ludzie z nimi współpracujący. Przywożono ich samochodami ciężarowymi z „Gęsiówki”, warszawskiego obozu pracy. Najczęściej umierali bardzo szybko po przyjeździe.” Po śmierci nie chowano ich na cmentarzu. Pakowano ich na ciężarówki i wywożono do lasu – wyjaśniała wtedy redaktorowi Bokunowi świadek wydarzeń z 1945 roku.
Jednym z najbardziej zagadkowych elementów odkrycia był brak jakichkolwiek fragmentów odzieży. Nie znaleziono guzików, spinek, fragmentów mundurów. Wyjaśnienie było proste, choć makabryczne. – Ich ubrania palono. Przebierano ich w kalesony i tzw. rubaszki. Była to procedura stosowana wobec osób zmarłych na choroby zakaźne – jak stwierdziła lekarka Gurewicza.

Cień NKWD

Czy to oznacza, że opowieści o zbrodniach w otwockich lasach są nieprawdziwe? Nie. – Te lasy były pod kontrolą NKWD. W willach przesłuchiwano i torturowano ludzi – mówi Zaremba. – Jest bardzo możliwe a wręcz pewne, że gdzieś tutaj są mogiły ofiar tych zbrodni. Ale nie w tym miejscu. Dla NKWD to było doskonałe miejsce. Blisko Warszawy, zalesione i zabepieczone stróżówkami. Nie przez przypadek dygnitarze mieli tu swoje „dacze” – dodaje Maciej Zaremba.
To ważne rozróżnienie. Bo w Otwocku mogą istnieć dwie historie. Jedna — związana z powojennym terrorem. Druga — z dramatem ludzi chorych, którzy umierali w ciszy, poza oficjalnym systemem.
Dziś, po ponad trzech dekadach, wracamy do miejsca, które przez lata było symbolem tajemnicy. Apel prezydenta Otwocka otworzył dyskusję na nowo. Ale relacje świadków z 1989 roku zmieniają jej kierunek.
Pokazują, że prawda może być bardziej złożona, mniej spektakularna, ale równie poruszająca. Bo zamiast obrazu egzekucji mamy obraz powolnej śmierci. Zamiast kul — choroby. Zamiast tajnej operacji — system, który próbował radzić sobie z tragedią na swój, często bezimienny, sposób. A to oznacza, że odpowiedź na pytanie, kto spoczywa za cmentarzem w Otwocku, wciąż nie jest zamknięta. I być może dopiero teraz zaczynamy ją naprawdę rozumieć.

Facebook
Twitter
Scroll to Top