Każdego roku do polskich śmietników trafia około 5 mln ton żywności. Prawie 60 proc. tej góry odpadów powstaje w domach, co – przyjmując dane raportu „Nie Marnuj Jedzenia 2024” – oznacza blisko 3 mln ton wyrzucanych produktów. Licząc w przeliczeniu na mieszkańca, daje to 92 kg rocznie, a więc statystycznie co sekundę pozbywamy się 184 bochenków chleba.
Najczęściej marnujemy pieczywo, owoce, warzywa, nabiał oraz wędliny – czyli produkty łatwo psujące się i najczęściej kupowane impulsywnie. Wśród powodów króluje nieprzemyślane planowanie zakupów, zbyt duże porcje oraz przekraczanie terminów ważności, które – jak pokazują badania – są dla wielu konsumentów niejasne i mylące. Ponad połowa Polaków nie zna różnicy między oznaczeniami „należy spożyć do” a „najlepiej spożyć przed”.
Warto wiedzieć, że Polska znajduje się w niechlubnej czołówce Europy pod względem skali marnowania żywności. Marnujemy więcej niż Niemcy i Francuzi, mimo że mamy znacznie mniejsze PKB per capita.
Inflacja liczy się z talerzem – skąd wzięły się oszczędności
Wzrost cen artykułów spożywczych – w maju 2025 r. żywność była średnio o 5,5 proc. droższa niż rok wcześniej – sprawił, że Polacy zaczęli pilniej liczyć codzienne wydatki. Badania pokazują, że 75 proc. respondentów wydaje dziś ponad 1500 zł miesięcznie na jedzenie, a 42,4 proc. planuje ograniczyć jedzenie poza domem lub zamówienia z dowozem, by chronić domowy budżet.
Ciekawostką jest fakt, że coraz więcej Polaków wraca do gotowania w domu – zwłaszcza młodsze pokolenie, które wcześniej częściej wybierało fast food lub dostawę. Według raportu GfK z 2024 r., w ciągu pandemii i po niej aż 30 proc. młodych dorosłych nauczyło się gotować od podstaw, a wśród nich wzrosła świadomość wartości odżywczej posiłków i ich realnych kosztów.
Paradoks: mniej marnujemy, ale wciąż tracimy
Malejąca skłonność do wyrzucania jedzenia zbiegła się w czasie z rosnącą potrzebą oszczędzania. Efekt? Coraz więcej konsumentów planuje zakupy, korzysta z promocji, zamraża nadwyżki i sięga po aplikacje ratunkowe. Mimo to w skali kraju strata wciąż pozostaje ogromna – szczególnie że znacząca część wyrzucanych produktów nadal nadaje się do spożycia.
Z badań wynika, że najczęściej marnujemy jedzenie po weekendach, świętach i większych imprezach rodzinnych – czyli wtedy, gdy kupujemy „na zapas”, bez realnej potrzeby. Z kolei osoby mieszkające same wyrzucają jedzenie nawet dwukrotnie częściej niż rodziny z dziećmi – często z powodu opakowań zbiorczych i zbyt dużych porcji produktów.

Ile osób nakarmiłyby nasze „resztki”?
Skoro gospodarstwa domowe odpowiadają za 3 mln ton zmarnowanej żywności, a resort rolnictwa szacuje, że duża część tych produktów wciąż nadaje się do zjedzenia, przyjmijmy ostrożnie, że 60 proc. z nich można by odzyskać. To 1,8 mln ton jedzenia rocznie. Statystyczny człowiek zjada około 2 kg pokarmu dziennie, czyli 730 kg rocznie. Proste wyliczenie (1 800 000 000 kg ÷ 730 kg) pokazuje, że uratowana żywność wystarczyłaby, aby wyżywić prawie 2,5 mln osób przez cały rok – populację równą mieszkańcom Warszawy i Lublina razem.
Dla porównania: tyle osób, ile można by wyżywić z odratowanej żywności, odpowiada liczbie wszystkich uczniów podstawówek i liceów w Polsce. To nie tylko liczba abstrakcyjna – to potencjał, który wciąż pozostaje niewykorzystany.
Czy moglibyśmy wyeliminować głód w Polsce?
Według danych Banków Żywności, w Polsce 1,6–1,8 mln osób cierpi z powodu tzw. ubóstwa żywnościowego – braku codziennego dostępu do pełnowartościowych posiłków. Są to często dzieci, osoby starsze, osoby samotnie wychowujące dzieci oraz pracujący ubodzy. Z tego punktu widzenia, skala możliwego odzysku żywności jest wręcz wystarczająca, by pokryć potrzeby wszystkich niedożywionych Polaków – z nadwyżką.
Odzyskane jedzenie w ilości 1,8 mln ton rocznie to potencjalna szansa na realne rozwiązanie problemu głodu – przynajmniej w sensie ilościowym. Problemem nie jest więc brak jedzenia, ale brak odpowiednich mechanizmów jego redystrybucji. Przeszkody to m.in. niedostosowana logistyka, ograniczenia prawne, krótkie terminy przydatności oraz brak systemów wspierających transport i magazynowanie żywności z gospodarstw domowych.
Co ciekawe, niektóre kraje – jak Francja czy Włochy – wprowadziły już obowiązek przekazywania niesprzedanej żywności organizacjom pomocowym. Tam liczba głodujących spadła, a systemy odzysku jedzenia zyskały rangę publicznej usługi społecznej. Polska mogłaby pójść tym tropem.
Co już działa i co można zrobić lepiej
Popularność aplikacji takich jak Foodsi (polska aplikacja, 1,5 mln użytkowników) czy Too Good To Go rośnie. Użytkownicy mogą w nich kupić „niespodziankowe paczki” z piekarni, restauracji czy sklepów – zawierające jedzenie, które nie zostało sprzedane, ale wciąż nadaje się do spożycia. To realna oszczędność, ale i sposób na ograniczenie strat.
Z kolei rządowa kampania „4 × P – planuj, przechowuj, przetwarzaj, podziel się” wspiera edukację konsumentów, zachęcając do ograniczania strat już przy sklepowej półce i w domowej lodówce. Coraz więcej szkół prowadzi też zajęcia kulinarno-ekologiczne dla dzieci – ucząc, jak nie marnować jedzenia i planować posiłki.
Ciekawym ruchem społecznym są także jadłodzielnie – specjalne punkty w miastach, do których każdy może przynieść lub z nich zabrać nadmiar jedzenia. Takie Fundacje jak dobrze znana otwocka fundacja Pro Homini, prowadzi jadłodzielnie a opierają się na działaniach oddolnych, najczęściej dzięki wolontariuszom.
Polacy wyrzucają mniej niż kilka lat temu, ale skala zjawiska nadal jest przytłaczająca: miliony ton jedzenia i miliardy złotych lądują w koszu. Rosnące ceny żywności wymusiły oszczędności, co paradoksalnie wspiera racjonalne zakupy i lepsze planowanie posiłków. Gdybyśmy jednak potrafili w pełni zagospodarować nadające się do spożycia nadwyżki, moglibyśmy zlikwidować głód wśród milionów potrzebujących rodaków i jednocześnie odciążyć własne portfele oraz planetę.
fot: Fundacja Pro Homini










