Budżet obywatelski po cichu zmienia reguły gry. Wygrywają firmy, a nie potrzeby mieszkańców

Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Budżet obywatelski miał być jednym z najczystszych przejawów lokalnej demokracji. Oddolnym głosem mieszkańców, prostym narzędziem decydowania o tym, co naprawdę jest potrzebne w najbliższym otoczeniu. Coraz częściej jednak słychać głosy, że idea ta została przechwycona – nie przez samorządy, lecz przez dobrze zorganizowane podmioty, które potrafią zamienić obywatelskie głosowanie w profesjonalnie zarządzaną kampanię.

Warto podkreślić to jasno już na początku: nie jest to problem specyficzny dla Otwocka ani gmin powiatu otwockiego. Zjawisko to obserwowane jest w dużych miastach, mniejszych gminach i metropoliach w całej Polsce. I wszędzie budzi podobne pytania o sens i przyszłość budżetu obywatelskiego.

Od sąsiedzkiego pomysłu do profesjonalnej kampanii

Pierwotna idea była prosta: mieszkaniec zgłasza projekt, inni mieszkańcy głosują, a miasto go realizuje. W praktyce coraz częściej wygrywają jednak nie te pomysły, które są najbardziej potrzebne lub najlepiej przemyślane, lecz te, za którymi stoi najlepiej zorganizowana akcja promocyjna.

W wielu miastach zwycięskie projekty są efektem masowych mobilizacji: gotowych baz kontaktów, wsparcia marketingowego, plakatów, mediów społecznościowych i precyzyjnie zaplanowanych działań zachęcających do głosowania. Zwykły mieszkaniec, działający w pojedynkę lub w niewielkiej grupie sąsiedzkiej, z góry znajduje się na straconej pozycji.

To nie oznacza, że wszystkie takie projekty są złe lub zbędne. Problem polega na czymś innym – budżet obywatelski przestaje być konkursem pomysłów, a staje się konkursem możliwości organizacyjnych.

Kto naprawdę decyduje o wydatkowaniu pieniędzy

W debacie publicznej coraz częściej pojawia się pytanie: czy w takiej formule nadal decydują mieszkańcy, czy raczej podmioty, które potrafią „dowieźć wynik”? Eksperci i samorządowcy zwracają uwagę, że mechanizm głosowania sprzyja tym, którzy już na starcie dysponują strukturą, zapleczem komunikacyjnym i doświadczeniem w mobilizacji ludzi.

Efekt jest powtarzalny w skali kraju: duża część środków z budżetów obywatelskich trafia rok po roku do podobnych projektów, realizowanych przez te same środowiska lub przy udziale tych samych wykonawców. Mieszkańcy, którzy nie mają czasu, narzędzi ani wiedzy, by prowadzić „kampanię”, często rezygnują z udziału już na etapie zgłaszania pomysłów.

To właśnie w tym miejscu pojawia się zarzut, że idea partycypacji obywatelskiej zostaje wypaczona, choć formalnie wszystkie procedury są zachowane.

Problem systemowy, nie lokalny

Podkreślenia wymaga jedno: nie jest to zarzut wobec konkretnych miast czy gmin. Mechanizm budżetu obywatelskiego jest w całej Polsce bardzo podobny, a tam, gdzie pojawiają się pieniądze i rywalizacja, naturalnie wchodzą też elementy profesjonalizacji i przewagi organizacyjnej.

Dlatego dyskusja o przyszłości budżetów obywatelskich coraz częściej dotyczy nie tego, czy są potrzebne, ale jak je zmienić, by znowu były realnym narzędziem głosu mieszkańców, a nie sprawdzianem sprawności marketingowej. Padają propozycje ograniczeń liczby projektów jednego wnioskodawcy, losowania części zadań, podziału puli na mniejsze obszary czy większego wsparcia dla indywidualnych autorów.

Jedno jest pewne: jeśli budżet obywatelski ma przetrwać jako idea, musi wrócić do swoich korzeni. W przeciwnym razie stanie się kolejnym mechanizmem, który z założenia miał wyrównywać szanse, a w praktyce je pogłębia.

Facebook
Twitter
Scroll to Top